Zakładki:
Często odwiedzane i czytane
Komiksowo
Tam gdzie można mnie spotkać
Tu gdzie ciągle przebywam z lampką wina
|
Pamiętajmy o logice. Tam, gdzie jej brak, należy doszukiwać się podstępu.
Arthur Conan Doyle 8212 Przygody Sherlocka Holmesa Zabójstwo przy moście
sobota, 20 sierpnia 2011
Co tak naprawdę jest ważne.
Zawsze obwiniałem się za to, że nie dbałem o moje znajomości. Czułem, że jeżeli nie będę dbał, ta samotność w końcu mnie dopadnie. Może nawet pożre żywcem na surowo. Położy na talerzyku, wyciągnie nagie sztućce i będzie po kawałku mnie pożerać. I nawet nie pomyśli by zwymiotować. Tylko po głaszcze sobie po brzuszku swą szkaradną dłonią, uśmiechnie się do mnie i szyderczo rzeknie – a męcz się.
Ludzi w około brak. Mam dziesięć palców i niestety nie mogę ich wykorzystać do liczenia moich przyjaciół, znajomych, kolegów i koleżanek. Bo nie ma co liczyć i równoznacznie mógłbym liczyć do „zera”. Ludzie są jacy są – są bestiami, małpami, cyrkowcami – jednak bez nich nie dzieje się nic. Brak ruchu czasu, brak dążenia do przeznaczenia, brak wyborów co złe co dobre, brak smakowania rozkoszy, czy to wspólnie, czy stojąc tuż obok. Bez ludzi nie ma nic.
I co mi po telefonach na które czekam miesiące? Co mi po mailach, na które czekam miesiące? Spam goni spam, portki zsunięte do kolan, wielka szkoda, że to tylko czysty bełkot. Co mi po rozmowach, które zdarzają się co parę miesięcy? Spotkaniach, które trzeba ustalać, przenosić, znowu ustalać, i znowu przenosić, a potem wybaczanie wspólne bądź nie wspólne. To prowadzi do rozłamu mej duszy. Budzą nadzieję, budzą miłość, budzą pragnienie by zakopać w końcu żywcem. Jak trup leże w tej jebanej trumnie wyrzeźbionej przez cwanego Żyda, który chce mnie wykiwać na powietrze. I sprawnie mu się to udaje, bo oddycham coraz wolniej.
Próba wyboru, odwaga wyboru, chęć wyboru. Tak, powinienem w końcu się odwrócić, schylić się, pokazać nagie dupsko i pomachać łapką. Może przy okazji i nasrać. Należało by się w końcu prawda?
Jednakże gdybym się tak wypiął na ludzi, nie spotkałbym kogoś wartościowego. Postać wyrzeźbiona stojąca w rzece z wiadrami, by spoić pragnących. Wrażliwe, jak oko skierowane na słońce. Ciepła dusza i jednocześnie słodka jak banan w cieście na gorąco. Ona nie patrzy oczami gdy mówię, milczy jak trzeba. Wcale tyle dużo nie mówi, ale jak mówi, to człowiek jeszcze bardziej spragniony słów. I to kołysanie lekkie na stołeczku gdy ona opowiada, a potem wybucha śmiechem. I słodycz dotyku jej palców przejeżdżający po moich plecach. Sprawiła, że jednocześnie poczułem się młodo, staro i od razu tatą. Dała więcej niż nie jeden człek, który odszedł bez słowa. I jak ją znam – gdy powiem jej, dziękuję, rzeknie – „Oj tato tato”.
Dlatego tak ważne jest istnienie człowieka w oczach drugiego i pielęgnowanie tego, choć nie zawsze jest tak jak by się chciało by było.
W końcu zacząłem oddychać czystym powietrzem.
poniedziałek, 03 stycznia 2011
Jak dać palec, by stracić całą ręke (czyli o chamstwie i braku taktu)
Odwiedził mnie znajomy. Daleki, bo bliskich coraz mniej, a Autor bardzo nieufny. W ogóle potępia ludzkość, szcza na na ludzkość mokrym moczem, i w ogóle faki ju. Tak pokazuje przez szybę z okna.
Znajomy pojawił się o 22. Późna to noc. Autor nie ukrywa, że trochę go ta wizyta późna wkurzyła. Już miał iść spać, wskoczyć w ciepłe łoże, a tu, pojawia się ktoś niespodziewany, nawet cholera nie zadzwonił, czy może.
Autor, że kulturalny, zaproponował, że postawi alkohol. Najpierw, będzie trzeba po ten alkohol pójść, bo wszystko zostało już wypite za Sylwestra. Poszliśmy. Idziemy. Rozmawiamy o dupie marysi, że kobiety to jednak istoty skomplikowane, że czekaj, bo pies sra, bo coś może wdupić, a weterynarz się ceni.
Wchodzimy do sklepu. Znajomy pomyślał, że ja Autor stawia, to może. Cztery powiedział. Autor bierze cztery puszki. Autor zapłacił, Autor pakuje do reklamówki. Znajomy rzekł mądrością taką, że słowo "wkurw" zawdzięczało mu w kolanach - "A Ty nie pijesz [Autorze]?" Yyyy - ino rzekłem, jak upośledzony, w dodatku się śliniąc. Powolutku pomyślałem, czy czasem to nie on wydaje moją kasę jak moja baba (dla niewiast wolnych Autor rzeknie, że wolny, i że dobrze gotuje i potrafi doprowadzić do orgazmu). Zastanowiłem się. Postanowiłem jeszcze raz się zastanowić. Piłeczka Dobromira pękła i wtedy wiedziałem. Znajomy zrobił Autora w bambuko i Autor się wkurwił. Że chamstwo, że brak taktu, że to od Autora zależy co i ile, bo stawia. Wrzucił kasę na blat, Autor dobrał sobie kolejne piwa, bo jednak on taktowny i w Żabce awantury nie będzie robił. Spakował i wyszedł. I znów mu w kolanach zawdzięczało. "Autorze, wiesz, że w ten Sylwester nie wydupczyłem. Już ósmy miesiąc." A chuj ci w dupę. Psie, do nogi - rzekłem.
niedziela, 02 stycznia 2011
Dj. Sylwester
Pan Sylwester raz w roku wyprawia imprezy w swoim mieszkaniu. O jego bibach wiedzą wszyscy, bo są słynne, pisują o nich gazety, mówią o nich w wiadomościach, nawet w programie polityczno-kulturalnym "Śniadanie u Mistrzów", są zapraszani goście, na stół kładą ciasteczka, kanapeczki i filiżanki kawy ze wzmacniaczem. Gość Grabowski ni to z dupy ni to z pietruszki pyta się innych gości: "Czytał ktoś biografię Artura Rubensteina?". Playboy prosi by jednak o bibie Sylwestra po rozmawiać. Bo jest o czym. W oczach gości zachwyt i miód.
Na imprezy Sylwestra nie mają wstępu wszyscy. Raz w roku Pan Sylwester wysyła zaproszenia, na które czekają rzesze sympatyków, lecz dostają je nieliczni. Każdy stoi przy swojej skrzynce pocztowej, niektórzy oczekują przy klatce na listonosza, jeszcze niektórzy próbują na poczcie się dowiedzieć, jakimi ulicami krąży listonosz aby go drapnąć wcześniej, by jak najszybciej zaspokoić swą ciekawość. Cały rok czekają, modlą się do Boga, aby w końcu dano im możliwość skosztowania tak słynnych atrakcji jak u Sylwestra.
Atrakcje losuje się w specjalnej kuli. Uczestnik no.1 wylosował, że może wziąć udział w odpaleniu specjalnych petard, z licznikiem czasowym, przeważnie opóźnionym. Petarda przeważnie wtedy nic. Uczestnik no.1 udaje zdziwionego i podchodzi. Jeszcze by atrakcyjniej było zbliża twarz do otworu, wtedy petarda wystrzeliwuje, i uczestnik traci głowę. Pan Sylwester klaszcze, i inni też klaszczą. Jeden mówi, że taka impreza, drugi - że dawno nie widział takiej atrakcyjności, a jeszcze inny - że dzwońcie po karetkę. Uczestnik no.15 wylosował, że może petardę "BOOM BOOM" odpalić przy rzeczach łatwopalnych. Klęka, zbliża zapalniczkę i odpala. Wszyscy czekają podnieceni. Kobieta obok pociera sobie łono ręką. W końcu jak nie pierdolło, to szyby pękły w oknach, alarmy się włączyły w samochodach, wyzwoliła też "kurwy" z ust uczestników, że huk jak pod Westerpllatte. Zaczął się dach kamienicy palić z tego wszystkiego. Ludzie się cieszą, nawet starają się dmuchać, by ogień jeszcze bardziej się zajął. W oknach małe dzieci, kaszlą, ich rodzice wypychają je z okien, bo już drzwi na klatkę się palą. Dzieci "plaskują z wykrzyknikiem", a uczestnicy biby u Sylwestra klaszczą. Ktoś każe dzwonić po Straż Pożarną. Straż przyjeżdża, straż gasi, straż mówi - że dobrze, że to tylko dach. O trupach na chodnikach nikt nie pamięta. Uczestniczka no.17 może w końcu dupy dać wszystkim, bo w końcu wygrała los. Puszcza się wszędzie na linie, w kiblu, w zlewie. Przed nią kolejki, a za kolejką szatnia by ci co czekają w kolejce mogli zostawić swoje stroje. Uczestniczka no.17 jest troszkę zawiedziona, bo nie może dojść. No ale taki los nie każdy może wylosować, więc ten fakt ją pociesza. U pana Sylwestra się ćpa, wymiotuje, nawet śpiąc, śpi się z głową w dupie.
Rankiem w gazecie znowu o nim piszą. Piszą, że to najlepsza biba od wielu wielu lat. Autor cytuje "Pan Sylwester sieje zniszczenie, śmierć, i kurestwo. Wrocław i Warszawa daleko w tyle". Pan Sylwester siada, sra i wszyscy klaszczą.
środa, 29 grudnia 2010
Kartami tworzony świat
Dobrze mieć domek. Taki drewniany, na około ogrodzenie, niedaleko domku stodoła stoi. W stodole siano, na sianku kocyk, albo zakryty bimber własnej roboty w starej zakurzonej butelce, co wojny pamiętała. W domku kominek, na podłodze drewnianej - jak bóg da, to z desek, co wojny też pamiętały - na podłodze skóra niedźwiedzia. Sztuczna, bo jednak kocham niedźwiedzie. Zabijać nie bardzo. No chyba, że pozwoli mi Matka Natura, a matkę kocham bardzo, więc przez szacunek - upoluje coś innego. Zająca upoluje o! Pieprzą się wszędzie, więc trzeba liczebność zmniejszyć, by równowaga społeczna była. Za domkiem byłaby studnia, w studni woda, o takiej krystalicznej barwie, że woda byłaby naprawę WODĄ. Czyściutką, nie pachnąca chlorem. Taką, że jak się zmęczę to weżnę kubek i nabiorę wody z wiaderka z przyjemnością. I pozwolę by mi po brodzie kropelki wody ciurkiem spływały, by Matka Natura tejże rozkoszy doznać mogła.
Tak mniej więcej 10 metrów na zachód ustawiłbym kibel. Nie jakiegoś tam tojtoja z plastikowego gówna. Drewniane wuce z desek świerku, albo dębu, będzie ładnie pachniało lasem. Jak będzie zima, to w miękkich ocieplanych buciorach, w koszuli nocnej nałożonej na siebie, ubrany w ciepłą tunikę, będę wędrował to od ciepłego domku do kibla pachnącego lasem - może jak bóg da to i Matką Naturą - i z powrotem, specjalnie zwalniając, by zmarznąć i ogrzać się przy kominku. I napije się mleka ciepłego. Mleka nie lubię, ale polubiłbym. Przyszłoby tak jakoś naturalnie.
I ogródek - koniecznie za domkiem, daleko od drogi. W ogródku wszystkie dary dane od Matki Natury. Na około ogródka drewniany płotek. Na płotku może - jak bóg da - będzie nagrzewał się w słońcu jaki ptaszek. Sikora może, a może kogut? A może siedzące dziewczę, co miłością szczerą będę do niej parał? Może sama Matka Natura będzie siedziała, nagryzała soczyste jabłko z tamtej jabłoni co dumnie stoi za domem, lekko zaczesując wietrzne włosy z czoła? Mrówka chodziła by po jej ramieniu, a ja bym podszedł, i erotycznie tą mrówkę bym wziął w dwa palce i zostawił na płocie, mówiąc "Spadaj, nie przeszkadzaj mrówko". Machnęła by pewnie kończyną, albo czółkami, bo kopnąć raczej by nie zdołała.
Zapukałem do sąsiada, sąsiad wkurwiony otwiera, bo dzwoniłem nachalnie chyba. Nawet nie spytał się 'czego', tylko tak patrzył wkurwionym wzrokiem. "Masz bandaż" - pytam. "Oddam, jak kupię jutro. Pies mi krwawi, muszę opatrzyć. Najlepiej jeszcze jak gaziki masz, to pożycz. Bo Rywanol mam. Nie trzeba, tylko bandaż". Zamknał drzwi, słychać było jak ze złością rzuca wszytkim. Otwiera, dalej widzę wkurwiony, jeszcze bardziej, bo chyba mu na odcisk nadepnąłem, że proszę o pomoc. Przecie ja nie słoń, zastanawiam się. "Gazików nie ma" - niczym sprzedawca z refleksem przerwał moje 'rozmyślunki' o słoniu, wcisnął bandaże w mą dłoń, i zamknął drzwi nie mówiąc nawet - cześć.
Taki domek by się przydał. Daleko od sąsiadów, od ludzi, którzy z byle jakiego powodu są źli, by przy okazji dać w ryj słowem, spojrzeniem, milczeniem, dąsaniem. I to kompletnie wszystko za jajco. Zaczynam coraz częściej uciekać. Cofać się w średniowieczność. Wyciągam porftel, myślę sobie, może starczy na taki domek, na taką ucieczkę. Otwieram, wysypuje monety. W monetach 6.00 zł - na talie kart starczy, może farmę strusi założę. Podobno wcale głupie takie nie są jak mówią.
środa, 22 grudnia 2010
Szepty i milczenie.
Konczę przygode z tym. Bije w dzwon i mówie "cześć". Choć "żegnaj" brzmi tak piekielnie patetycznie. Z hukiem zamykam drzwi, z futryny spadają zęby. Tak poetycko uderzają o podłoże, jakby padał śnieg, albo krople z kranu uderzające o zlew. W środku mnie jest wściekłość, że tak dałem się podejść jak słaby strateg. Oficerowie przybiegają do mnie i proszą o rozkazy "Admirale, cóż mamy czynić? Amunicja do armat się skonczyła, ludzie zmęczeni, padają jak muchy, maszty złamane... Admirale admirale!!!!!?". Stoję jak głupi na tym mostku i każe zejść z pokładu. Sam zostaje. Z kieszeni wyciągam zegarek który przestał już tykać. Rzygać się chce. Porażkę trzeba przyjąc z godnością - "wrzucać do armat co się da".
Zaraz, zaraz, jaką porażkę? Obrócę kota ogonem i po prostu odejdę wraz z wiatrem. Może kiedyś, odpowie na listy, doczekam się odpowiedzi szczerej, choć uprzedzę - się niech lepiej nie tlumaczy. Bo po co. Może to będzie powodem, że znów będę miał nadzieję, albo ją przeklnę, albo będe o niej śnić. Może lepiej niech jest jak jest, ale niech odpowie, a ja nie skomentuje i po prostu naleję do szklanki wody, uniosę ją pod światło które tli sie za żaluzjami, i podleje kwiatki. Tak dawno podlewane nie były. Teraz zaczynam wierzyć co jest dla mnie ważniejsze. A może to kolejne tłumaczenie pieprzonej podświadomości, by jakoś przełknąć tą tabletkę?. Tym razem bez wyboru jednej z dwóch.
Na usta ciśnie się słowo - rozczarowanie. Wyciskanie niedojrzałej cytryny też mnie rozczarowuje, jak i marznący na oknie płyn do mycia okien, wybory złe, i te dobre, zapalony papieros waniliowy. Nie ty jedyna i nie ostatnia. Przyjaźnie bywają czasami i mdłe. Piękne i zrabne dłonie straciły wyraz. Pozostaje zmienić na Animal Planet, bo zwierzęta lepsze, bo nie uciekają przed konfrontacją. Jednak nie zamierzam wzosić toastu. Świnia.
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Syzyfowe prace.
Zezłościłem się po raz pierwszy. Ścierając kurze, mokrą ścierką zawadziłem o ścianę, świeżą malowaną - niedawno, znaczy się pół roku temu. Wszystko się potwierdza - z kobietą jestem nie dłużej niż pół roku, pasje także się jakoś tak trzymają, tyje o 10 kg, za pół roku wyglądam jak gęś wyścigowa. Problem taki, że nie mam trampek do biegania. Wolę ciężkie buciory wiązane, z kawałkiem zeschniętego gówna na podeszwie.
Zezłościłem się po raz drugi. Nie nadaje się do sprzątania. Kawalerem jestem i jakoś to sprzątanie mnie nuży. Nawet nie wiem jak porządnie wodę ze ścierki wycisnąć, jak miotłą zamiatać, ile zakrętek domestosa wlać do zlewu by umyć naczynia. Z nużeniem to też może być inna sprawa - może jestem chory na cukrzyce, bo ciągle ziewam, nie ważne jak się wyśpię. To też mnie złości. Nie tyje. Też mnie to złości po raz wtóry. Sikam normalnie. To wtedy nie cukrzyca, to co? Rak? Chcica? Pragnienie doznawania orgazmu nie po przez uderzanie pięścią? Może brak witamin? Bo przecież gejem nie jestem.
Zezłościł mnie też fakt, że sprzątam cały rok. Codziennie, tak by na drugi dzień mniej sprzątać. By żyć w czystości, by trypla nie dostać, by dać na dowód taki, że kawaler też może być zasranym pedantem. Dwa razy w roku tą regułę szlag trafia - na święta narodzin dzieciątka z brodą i trzema sutkami; i w święto rocznicy jego zmartwychwstania i trzech jego sutków (w okól sutków już dojrzałe włosy). Bo okazuje się, że jest większy syf i to sprzątanie codzienne, ten dowód psycho-czystości to bujda. Napierdalam ze ścierką jak sprzątaczka z ulicy z chcicą na przerwę na papierosa i popijanie bimbru. Aż sie zezłoszczę i napiszę do tego od prezentów, by mi pod ziele wrzucił zgrabną, ze stringami wrzynające się w tyłek elfkę, albo przerośniętego damskiego krasnala, albo dziwkę. Nie ważne kto, ważne by miała cycki, tyłek do schylania i smykałkę do biegania ze ścierką.
Do pełni szczęścia sąsiad podarował mi zeschnięte pierniki. Na piernikach rok wybity - Toruń - 1653. Stare cholera, twarde, zęby na nich połamałem, i zdziwiłem się, bo między pośladkami zobaczyłem ogon, na rękach i całym ciele zaczęła wyrastać gęsta sierść. W piernikach kartka świąteczna, w środku życzenia sąsiadowe, życzliwe - UWAGA! Trutka na szczury. Ciekawe co mi sąsiad podaruje w Prima Aprilis.
piątek, 17 grudnia 2010
Lista przedmiotu
Otworzyłem sobie czaszkę. Zardzewiałym śrubokrętem odkręciłem za uszami śrubki. Śrubki odkręcić się nie chciały, więc poczęstowałem ich szklanką zimnej coca-coli. Poprosiły o lód, więc podałem. Zadziwiająco jak szybko lód topniał w ich ustach. Zachłannie sobie przejeżdżały kosteczkami po wargach. Podnieciłem się.
Z kieszeni na tyłku wyciągnąłem listę. Listę przedmiotu. Co roku listę taką piszę by nie zapomnieć, by coś wypieprzyć z głowy, wypierdolić na zbity pysk, coś co jest nie zbędne, leży na półkach i się kurzy. Mógłbym kupić sobie taką szafkę dla tych wszystkich gratów. Ale nie mógłbym, bo mam małe mieszkanko. Kwadracik taki tyci. Kici, kici, miau miau - podeszła kotka, bo głodna. A puszka pusta.
Wziąłem pióro - wczoraj specjalnie kupiłem, by się nie wyczerpał atrament, bo wtedy cała operacja na nic by była - i zacząłem kreślić. Prawo, lewo, prawo, lewo głośno, i stanowczo rozporządzam - jak ten z czaszką na czole, z grymasem na twarzy, z biczem u pasa. Krzyżyk postawiłem na tych, co mnie olewają, gdy ja nie chciałem olewać, jednak oni woleli, że jednak oni wolą. Samowolka. Odeszły nietrafione przygody z filmami. Avatar poszedł się jebać. Poszedł jebać się jakiś film o wampirach i Harry Potter też dostał w zęby. Okulary mu spadły, połamała mu się różdżka, mamusi nie było, więc usiadł w kącie i zaczął chlipać, że skurwiel jestem. Bywają czarnoksiężnicy trochę z levelem wyższym. Skreślona została muzyka, która jednak przestała językiem drażnić flirtownie uszy. Został Chopin - bo jednak rok Chopinowski, przepiękna muzycznie Awdiejewa, Geniusz i Wunder. Został pies - bo to najważniejsza w moim życiu chwila, gdy on tak codziennie leży, gdy pisze, rozumie, gdy milcze, śpi jak ja śpię. I centralne nie musiałem opłacać, bo zawsze grzeje i ciepło. Na liście jest zimniej bo dużo rozczarowań, nawet bym nie przypuszczał, że jednak... Może trzeba było inaczej zagrać partię, a moze trzeba bardziej było nad sobą pracować. Może by nie odeszli. Jednak gdy tak sobie pomyśle, tak glęboko i poważnie zaczynam tą mechanikę rozumieć - jedni odchodzą, bo chcą, bo muszą, choć nie chcą, choć nawet nie dochodzi do wyboru "ale ja nie chce". Trzeba się z tym pogodzić. Bo jednak człowiek którego się naprawdę szanowało, lubiło, nie jest z gliny. Wystarczy wylać szklankę i fale morza i ocenaów porwią w czeluść, przeważnie na zawsze. I nawet życzenia tych co tłumacząc się, że odeszli na króko (ale milczeli kurewsko przyjemnie) na gwiazdkę, życzenia noworoczne - będą brzmiały blado, i bez smaku (a jak dojdzie do postanowień kolejnej rocznej egzystencji zmienno-cieplno-chłodnej, to postanowie, że już się nie nabiorę na gierki ludzkie) Pocieszające jest to, że z łatwością kreśli mi się na tej liście ptaszki. Nie pocieszające - że gdzieś mi na dywan spadły odkręcone śrubki. Czaszka się wkurwi.
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Śniegiem w ryj.
Dzisiaj krótko. Nie spałem całą noc, czyli jestem napromieniowany ignorancją, irytacją, przemakalny wilgocią złości. Bo nic nie smakuje tak jak powinno smakować. Za dużo soli, za dużo pieprzu - a pieprzyć lubie trzy po trzy. Jakoś koślawo wymieszane, podkład farb za gruby, pofałdowany. Ja to nie wiem - to nie to, to wiem doskonale. To już lepiej stać się upośledzonym. Nie czuć, mieć wszystko w nosie, lać na zimno po ścianie, jak najwyżej, tam gdzie granica rekordów. Albo po prostu nie czuć, mieć stoicki spokój. Być taką górą, co nic jej nie ruszy, nic nie wkurwi. Stoicyzm absolutny. Ktoś mi opowiada o sobie takie rzeczy, albo, że zachowuje się tak, że ze śmiałością i agresją zwę idiotą, aż ręce opadają. Prawda jest taka, że to nie oni są głupi ci wszyscy co mnie otaczają. Tylko ja - z takimi idiotami muszę się zadawać niestety. Takie prawo natury. I obraz "człowieka" tak na prawdę już nie ma dla mnie barw. Człowiek = rzyg taty po barbórce. A kiedyś człowieki miały barwy, ale te czasy kolorów tęczy już dawno przeminęły. Od czasu do czasu po deszczu się taka tęcza pojawi. Szkoda, że nie w zimie. Bo im więcej tego śniegu na drogach, tym więcej elementów kroczy wraz ze mną. Ja nie chce. Posiedzę w domu - i wara od moich okien, od naciskania numerów mojego telefonu, pisania mejli i rozmawiania na mój temat w Wiadomościach, i nawet za plecami. Ręce mi już z tego wszystkiego opadły. Ktoś chce moje łapy do podrapania po plecach, po dupie? Palcówkę? Masturbację? Wymieszać herbatę, nakarmić zupą? Pokazać fakiju? Dam radę nawet pod kroczem... Spodnie kupione w ciucholandzie mi z dumy nie pękną.
piątek, 10 grudnia 2010
Prawie jak Zodiak (czyli Miłosz)
17 18 10 9 7 8 2 3
17 18 10 09 07 08 02 03 09 20 02 22 11 10 02 22 08 02 18 20 01
04 13 09 11 22 12 18 07 17 18 21 18 06 22 12
17 18 10 09 07 08 02 03 09 20 02 22 11 10 02 22 08 02 18 20 01
04 13 09 11 22 13 09 19 02 22 17 18 21 18 08 09
15 09 21 16 10 06 16 08 18 02 10 06 16 08 18
15 02 09 12 08 16 19 06 16 12 08 18 02 24 02 08 18
03 21 17 02 22 12 17 17 02 22 07 02 18 06 22 21 15 02 22 10 18 07 02 22 13 18 08 18
czwartek, 09 grudnia 2010
Papryczka
Od stycznia podniosą podatki. Bunkier przeciw pancerny zbudowałem. W piwnicy, pod deskami, które niechlujnie leżą na ziemi, nasiąknięte wilgocią, albo sikami pewnego wędrownego szczura, oddający się przyjemnościom wciągania nosem gazowego opium. W bunkrze - słoiki brzoskwiń, puszki turystycznej, zmielona mortadela, smalec, kilkanaście kilo mąki i cukru, kawa, herbata. Środki czystości. W rogu sedes, obok umywalka, na umywalce mydło w płynie, ob oszczędniej. Karma dla psa też zakupiona. Z kościami się nie martwię - tyle ludzi zdechnie od stycznia, zamarznie, że kości będzie dostatek. Najwazniejsze cywilizacyjne wynalazki też są. Parę książek na półce ułożonych, specjalnie nie czytane, świeżutkie, nówki za 40 zł. By się nie nudziło. Zakupiłem też plastikowe modele samolotów, okrętów i insze, by sklejać przy muzyce lecącej z gramofonu. Płyty jakieś stare, tylko dwie - kolędy i bajki andersena. Jakoś przeżyję.
Zastanawiam się jednak, a jeżeli nie przeżyję? Zdechnę ja, jak mój pies, będę przymierał głodem, zapinał co tydzień jedno oczko wyżej na pasku? Nie mówiąc o szaleństwie którego mogę się nabawić po przez ukąszenie pająka, albo karalucha. Zacznę polować na szczury, a ja nie lubię szczurów. Za dużo kości, które łatwo można połknąć przez nie uwagę rozkoszując się oblizywaniem palców z tłuszczu i wygrzebywania językiem resztek mięsnych z między zębów. Umrę z głodu jak nic, bo przecie wszytko się skończy. Podatki pójdą w górę, wypłata pójdzie w dół, będzie skrajna nędza, i nawet się dobrze nie rozejrzę, a będę gdzieś za dworcem, w posikanym rogu, gdzieś w ciemnym rogu, ciągnął druta jakiemuś biznemenowi. Rzuci piędziesiątką, pójdę do MCDonalda - bo zgaduje, że po latach głodu, zamarzy mi się czisssburger, jak w filmach amerykańskich - zjem, poczuje się na krótko najedzony, pełny i szczęsliwy, rozglądając się za dupciami panienek w krótkich spodenkach. Wtedy pewnie rzeknę, że było warto, i nigdy więcej. A jeżeli będzie więcej? Znów dziwką mam się stać? Zagłosujcie sms-em, bo się zdecydować nie mogę, a wizjoner Maciej, w pedalskiej różowej koszuli, z rozpinanym kołnierzykiem, z krzyżykiem na szyi, na którym nad głową jezuska wisi tabliczka "kocham cię mamusi wiecznie - maciuś", jakoś odpowiedzieć nie chciał. Zająknął się, a z doświadczenia wiem, że jak ktoś się zajkąnie to już przesrane. Ino nie ma gdzie srać, bo toj toje jak zawsze zapchane.
|